Są takie książki, które czyta się z wypiekami na twarzy. Które grają na emocjach, szokują bądź bawią, kuszą tajemnicami, a my przewracamy z pośpiechem kolejne strony, ciekawi czym jeszcze może zaskoczyć nas autor. Ale istnieją też takie, którymi czytelnik się delektuje. Smakuje kawałeczek po kawałeczku, pochyla w skupieniu nad słowami, gładzi wierzchem dłoni piękny grzbiet i pozwala sobie na chwilę zadumy. I właśnie o takiej książce chcę Wam dziś opowiedzieć.

„Całe życie” to powieść, której akcja toczy się na początku XX wieku w małej alpejskiej osadzie. Główny bohater Andreas Egger jest człowiekiem, który na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżnia – samotnik, niezamożny, jego codzienność wypełniona jest ciężką fizyczną pracą. Silny i postawny mężczyzna, żyje w zgodzie z naturą, nie ma wybujałych ambicji. W dzieciństwie nie zaznał rodzinnego ciepła, wcześnie stracił żonę i zarazem jedyną bliską osobę, służył na wojnie i walczył o przetrwanie w obozie pracy. Mimo tych trudnych przejść nie żywi do nikogo urazy, nie pogrąża się w rozpaczy, nie ma nałogów. Przyjmuje swój los z pokorą, po każdym upadku podnosi się i po raz kolejny odbudowuje swoją rzeczywistość, od samych podstaw. Uczciwie, powoli, z wdzięcznością za to, co ma.

„Był silny, lecz powolny. Myślał powoli, mówił powoli i chodził powoli, jednak każda myśl, każde słowo i każdy krok pozostawiał ślady i to dokładnie tam, gdzie takie ślady jego zdaniem winny były pozostać”.

„Czasami na górze było nieco samotnie, ale nie uważał samotności za wadę. Nie miał nikogo, lecz miał wszystko, czego potrzebował i to wystarczało”.

„Całe życie” Roberta Seethalera zostało nominowane do Międzynarodowej Nagrody Bookera, a liczy sobie niecałe 200 stron. Przyznam się, że odrobinę bałam się lektury tej powieści. Bałam się przede wszystkim przytłaczającego patosu i moralizatorstwa, bo jak niby można zawrzeć najważniejsze życiowe prawdy w jednej krótkiej historii? A jednak… można! To prosta opowieść o prostym życiu prostego człowieka i piękna w tej swojej prostocie. Czytając miałam wrażenie, że każde słowo jest na swoim miejscu i to obojętnie, czy mówimy o opisach zapierającej dech w piersiach przyrody, czy niespiesznych działaniach samego Eggera. Jest to książka minimalistyczna pod każdym względem, a przy tym niesamowicie poruszająca. Autor w mistrzowski sposób ukazał kruchość ludzkiego życia i fakt, że tylko od nas samych zależy jak przyjmiemy czekające nas (niekoniecznie miłe) niespodzianki od losu. Z niezwykłą subtelnością dotyka takich niewygodnych tematów, jak starość czy przemijanie. Opowiadając historię samotnego, a jednak zadowolonego człowieka, niejako zmusza nas do tego, by zatrzymać się na chwilę, wyciszyć i z pewnym dystansem spojrzeć na swoje własne życie. By w skupieniu zastanowić się nad relacjami z bliskimi, celami zawodowymi, nieustannym postępem i tym właściwym dla naszego pokolenia pragnieniem posiadania więcej i więcej.

„Nie potrafił sobie przypomnieć, skąd pochodzi, a koniec końców nie wiedział też, dokąd zmierza. Jednak mógł bez żalu spoglądać na czas między tymi punktami, na swoje życie, z raptownym śmiechem i jednym wielkim zdumieniem”.

„Całe życie” to książka niedługa i przyjemna w odbiorze, ale też niesamowicie głęboka i wartościowa. Nie wywołuje efektu „WoW!”, za to przynosi coś o wiele cenniejszego: wewnętrzny spokój. Gwarantuję, że po lekturze zapragniecie wziąć kilka dni wolnego, zaszyć się gdzieś w Bieszczadach i w samotności uporządkować swoje myśli. I bardzo dobrze – w dzisiejszych zabieganych czasach taki reset na łonie natury to chyba najlepsze, co możemy zrobić dla samych siebie. Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.