Jak zwykle zdecydowanie więcej czytam niż oglądam, ale trzy filmy w końcu się uzbierały. I to jakie filmy… zapraszam do lektury min-recenzji i jednocześnie zachęcam do obejrzenia, jeśli jeszcze nie oglądaliście. Lub do podzielenia się wrażeniami w komentarzach – chętnie poznam Wasze opinie, bo jest o czym dyskutować.

„Colonia”

Nie chcę wyjść na kompletną ignorantkę, ale muszę się przyznać, że niewiele wiedziałam na temat wydarzeń z Chile z 1973 roku. Nigdy nie słyszałam o Colonii Dignidad i na kanapie zasiadałam z nadzieją na jakiś niewymagający, ale wciągający film. Jak bardzo się pomyliłam! „Colonia” jest filmem opartym na faktach – a jak już kiedyś pisałam, świadomość tego zawsze sprawia, że przeżywam wszystko bardziej intensywnie. Główna bohaterka Lena jest atrakcyjną stewardesą. Podczas krótkiego pobytu w Chile odwiedza swojego chłopaka Daniela – fotografa działającego na rzecz propagandy prezydenta Allende. Ich romantyczne chwile przerywają zamieszki w mieście, Daniel zostaje zatrzymany i wywieziony w jakieś nieznane miejsce. Zdeterminowana Lena odkrywa, że trafił właśnie do Colonii Dignidad. Za wszelką cenę chce go stamtąd wydostać i nie wiedząc w co się pakuje, sama dobrowolnie daje się uwięzić. Colonia okazuje się być sektą, w której pod przykrywką religijności dzieją się rzeczy z piekła rodem. Tortury fizyczne i psychiczne, rygor i przedziwne zasady ustalone przez szalonego założyciela Paula Schafera… trudno uwierzyć, że takie miejsce rzeczywiście istniało i bezkarnie funkcjonowało latami. Ukłony dla reżysera za odtworzenie faktów historycznych w nieszablonowy sposób i stworzenie napięcia, które nie maleje ani na sekundę. Gra aktorska w filmie jest na najwyższym poziomie – zarówno Emma Watson w roli Leny, jak również Daniel Bruhl i postaci drugoplanowe byli bardzo przekonujący. Pomijam fakt, że na Emmę po prostu dobrze się patrzy, bo takie stwierdzenie akurat przy tej historii wydaje mi się być nie na miejscu. Film zostawia trwały ślad w pamięci – taka mieszanka szaleństwa, terroru, miłości i odwagi naprawdę rzadko się zdarza.

„Światło między oceanami”

Obiecywałam sobie, że najpierw przeczytam książkę, ale gdy nadarzyła się okazja to nie wytrzymałam i obejrzałam ekranizację. I teraz żałuję… bo skoro film wywołał we mnie takie emocje to wyobrażam sobie, jakie musi wywoływać książka. Ehhh…. błąd nie do naprawienia. Uwaga, dalej mogą być spojlery! Tom, weteran pierwszej wojny światowej, obejmuje posadę latarnika na odciętej od świata wyspie. Ucieka w ten sposób od koszmarów przeszłości, pragnie spokoju. Kiedy jednak podczas wizyty na lądzie poznaje uroczą Isabel, zaczyna się otwierać i na powrót cieszyć życiem. Młodzi zakochują się w sobie, biorą ślub i razem budują swój mały świat na wyspie. Ich sielankę burzy fakt, że Isabel dwukrotnie zachodzi w ciążę i traci dzieci, to dla niej ogromna trauma i wstyd. Niepodziewanie do brzegu wyspy przydryfowała łódź, w której znajdują niemowlę. Uczciwy Tom chce poinformować o tym władze, ale zrozpaczona żona przekonuje go, aby zatrzymali dziecko i udawali, że jest ich własnym. Choć wydają się być szczęśliwi, nad ich życiem ciągle wisi cień – a co, jeśli odnajdzie się prawdziwa matka dziecka? Z kim dziewczynka powinna wtedy pozostać? Kto ma do niej prawo – przybrani rodzice, którzy uratowali jej życie i troszczyli się o nią, czy biologiczna rodzina, która przecież tak za nią tęskniła i kochała? Gdy bohaterowie stają przed jakimś dylematem, to widz/czytelnik zwykle obiera jakieś stanowisko, komuś kibicuje. Ale nie w tej historii… powiem Wam, że tym razem moje sumienie szlag trafił. Wiedziałam, że Tom i Isabel popełnili błąd nie zgłaszając znalezienia dziecka i nie starając się o adopcję w legalny sposób, ale mimo to… No totalny mętlik. Mamy tu dobrych ludzi, niewłaściwe wybory, pragnienie szczęścia. Emocje, łzy, bezsilność, żal, cierpienie. Jako mama ogromnie przeżywałam ten film. Polecam, ale też ostrzegam wszystkich wrażliwców – po seansie długo dochodzi się do siebie. Ach i jeszcze jedna refleksja, zupełnie z innej beczki: wyspa i widoki z niej są przecudowne.

„Lion. Droga do domu”

Tym razem byłam mądrzejsza i rzeczywiście najpierw przeczytałam książkę, która trafiła do mnie dzięki booktour klubu Przeczytaj & Podaj dalej. Najpierw więc kilka słów o książce: jest to prawdziwa i zarazem pełna niezwykłych zbiegów okoliczności historia Saroo, który opisał 25 lat swojego życia. Urodził się w Indiach, gdzie żył ze swoją matką i rodzeństwem w skrajnym ubóstwie. Każdy dzień przynosił ciężką pracę i konieczność szukania czegokolwiek, co mogłoby zaspokoić głód. Mimo to, był na swój sposób szczęśliwy – uwielbiał starszych braci i siostrzyczkę, czuł się kochany przez matkę. Pewnego dnia uparł się, aby brat zabrał go ze sobą na wyprawę do sąsiedniego miasta. Tam zmęczony 5-letni Saroo zasypia na dworcu, a po przebudzeniu szuka brata i wsiada do przypadkowego pociągu. Zostaje uwieziony w wagonie, znów zasypia i budzi się… 1500 km dalej. Kolejne dni, a później tygodnie i miesiące to dla niego prawdziwa walka o przetrwanie i to na ulicach jednego z najbardziej zatłoczonych i niebezpiecznych miast na świecie – Kalkuty. Saroo miał sporo szczęścia, bo niedługo po trafieniu do sierocińca został adoptowany przez pewną australijską rodzinę. Jego życie zmieniło się całkowicie, mógł dorastać w dostatku i poczuciu bezpieczeństwa. Jednak myśl o tym, skąd pochodzi i że być może jego prawdziwa matka nadal go szuka, nie dawała mu spokoju. Jako już dorosły mężczyzna, próbuje poskładać fragmenty wspomnień z dzieciństwa i z pomocą Internetu rozpoczyna poszukiwania maleńkiej wioski w Indiach. Czy mu się uda? To już zostawiam Wam do odkrycia (choć chyba łatwo się domyślić). Film dość wiernie oddaje historię i trzeba by było mieć serce z kamienia, żeby nie wzruszyć się losami zagubionego chłopca – ale dzielnego i sprytnego, to trzeba mu przyznać. W moim odczuciu gra aktorska „małego Saroo” była tysiąc razy lepsza od „dorosłego” – był niesamowicie wiarygodny i budził mnóstwo emocji. Ogólnie film jest bardzo dobry, wciągający, szczery, przejmujący. Ale oczywiście polecam zacząć od książki. Pewnych elementów na ekranie po prostu nie da się pokazać, a ta historia jest warta tego, aby poznać ją ze wszystkimi szczegółami.