Wiem, że dawno nie było nowego wpisu na blogu. Miałam ostatnio sporo na głowie, no i te upały… z natury jestem ciepłolubna, jednak co innego wylegiwanie się na plaży czy choćby przy basenie, a co innego gotowanie się w mieście, w nagrzanym mieszkaniu. Jakaś taka niemoc mnie ogarnęła, nawet mniej czytam, trudno mi się skupić. Mam nadzieję, że niedługo trochę się ochłodzi – 25 stopni Celsjusza, tak by było dla mnie optymalnie 🙂

Dla tych, którym również brakuje sił na cokolwiek poza usychaniem na kanapie, podrzucam kilka filmów. Wszystkie bardzo dobre, na pewno nie będziecie się nudzić! A ja już dziś życzę Wam miłego weekendu i wyłączam komputer na kilka dni. Znów wyjeżdżamy w rodzinne strony, szykuje się wesele. Ciekawa jestem czy Krzysiowi się spodoba, bo to jego pierwsza taka impreza. Trzymajcie kciuki!

„Miss You Already”

Przyjaźń – wokół tego słowa kręci się akcja. Jess (Drew Barrymore) i Milly (Toni Collette) poznały się jako małe dziewczynki i szybko stały się nierozłączne. Razem dzieliły wszystkie ważne momenty: te dobre, złe, trudne, szalone. Dziś są kobietami w średnim wieku, prowadzącymi życie na zupełnie innych poziomach i właśnie teraz ich więź zostaje wystawiona na próbę. Jess bezskutecznie stara się o dziecko, a Milly, która zawsze uwielbiała błyszczeć i skupiać na sobie uwagę, zmaga się z ciężką chorobą. Patrzymy jak piękna i pewna siebie kobieta marnieje w oczach, a jej najbliższa przyjaciółka stara się odnaleźć w roli pocieszycielki, choć przecież sama ma dość problemów. Jess i Milly to bohaterki, które raczej trudno polubić – mają swoje wady, popełniają błędy, czasami chciałoby się nimi potrząsnąć i krzyknąć: „Hej, patrz jakich masz wspaniałych ludzi wokół siebie! Doceń to!”. Jednak są to bohaterki prawdziwe, kobiety z krwi i kości i właśnie to mi się podoba. Również postaci drugoplanowe zasługują na uznanie, choćby mężowie – stanowią tło, jakby dopełnienie, ale na pewno nie są bezbarwni, wyraźnie widać ich osobowości. „Miss You Already” to film szczery aż do bólu i pełen silnych emocji. Smutek przeplata się z humorem, cierpienie z zabawą, śmierć z nowym życiem… jak to w życiu. Po seansie długo zastanawiałam się nad tym, czy istnieje jakiś uniwersalny przepis jak być dobrą mamą, żoną, przyjaciółką. I już chyba wiem: trzeba po prostu być.

„Miss Sloane”

Elizabeth Sloane (Jessica Chastain) jest rozchwytywaną waszyngtońską lobbystką. Niesamowicie skuteczna, idzie po trupach do celu i zawsze znajduje się o krok przed konkurencją. Z powodów osobistych nieoczekiwanie staje przeciwko amerykańskim producentom broni, tym samym wypowiadając wojnę swojemu dotychczasowemu pracodawcy. Wspierana przez zespół młodych talentów opracowuje złożoną strategię i jest jej zupełnie obojętne, kto ucierpi w trakcie jej realizacji – nawet jeśli będzie to jedna z jej najbardziej oddanych i zdolnych podwładnych. Polityczny cyrk, kongresowe przemówienia, przesłuchania, chwyty poniżej pasa… to raczej nie mój gatunek, więc zupełnie się tego nie spodziewałam, ale film bardzo mocno mnie wciągnął. Po pierwsze, na uwagę zasługują dialogi – błyskotliwe i dopracowane, może czasami nawet odrobinę przeładowane branżowym żargonem, ale niepozwalające się nudzić. Po drugie, jestem pod wrażeniem gry aktorskiej Chastain. Wcieliła się w bohaterkę zimną, wyrachowaną, wręcz chorobliwie ambitną i żyjącą przede wszystkim swoją pracą, a jednak kilka drobnych incydentów pozwala się domyślać, że gdzieś tam głęboko ukrywa jakieś okruchy wrażliwości. Może ja nie jestem do końca obiektywna (nie wyobrażacie sobie, jak bardzo przypomina mi ona główną bohaterkę mojej drugiej powieści!), ale uważam że to interesująca, złożona postać i aktorka świetnie sobie poradziła z rolą. Jeśli lubicie House of cards i macie ochotę poznać młodszą siostrę Claire Underwood, to koniecznie obejrzyjcie.

„Jutro będziemy szczęśliwi”

Samuel wiedzie beztroskie życie na Francuskiej Riwierze. Słońce, imprezy, gorące turystki – żyć, nie umierać. Jego kolorowy świat zostaje wywrócony do góry nogami, gdy pewnego dnia pojawia się Kristin, z którą jakiś czas temu spędził jedną noc. Kobieta podaje mu płaczące niemowlę i… znika, zanim Samuel zdąży zorientować się, o co tutaj chodzi. Przerażony mężczyzna wyjeżdża do Londynu, gdzie bezskutecznie poszukuje matki maleńkiej Glorii. Sytuacja zmusza go do tego, aby zmienił tryb życia i zajął się swoją córką. Trzeba przyznać, że choć metody wychowawcze Samuela są dość niekonwencjonalne, to całkiem nieźle poradził sobie z tym wyzwaniem. Naprawdę miło się ogląda rozkwitającą relację pomiędzy dorosłym, ale dość zakręconym mężczyzną i sympatyczną, bystrą dziewczynką. Wszystko się komplikuje, gdy matka Glorii po latach postanawia wrócić do gry i zawalczyć o swoje rodzicielskie prawa. „Jutro będziemy szczęśliwi” to bardzo ciepły i pozytywny film. Sporo tu różnych problemów, które jednak zostały podane w dość lekki sposób: dojrzewanie do odpowiedzialności, ustalanie priorytetów, rozbita rodzina, a nawet choroba. Moim zdaniem spodoba się i zrozumieją go przede wszystkim rodzice. Można się pośmiać, można popłakać i można podumać – czyli tak, jak lubię.


A Wy co ostatnio oglądaliście (Poza „Grą o tron” 😉 )? Może coś polecicie?