Prędzej czy później i tak by to wyszło, więc chyba nie ma sensu dłużej ukrywać. Oficjalnie przyznaję się: jestem kociarą.

W dzieciństwie przez mój dom przewinął się cały zwierzyniec. Był jamnik, świnka morska, kanarek, rybki, labrador, chomik. Zawsze gdy wracałam ze szkoły musiało na mnie czekać w domu coś żywego, mały przyjaciel, którego mogłabym wyprzytulać, nakarmić i opowiedzieć o swoich dziecięcych rozterkach. Wszystkie moje zwierzaki były kochane i wyjątkowe, jednak dziś to właśnie kocie towarzystwo odpowiada mi najbardziej. Dlaczego? Może dlatego, że mam z nimi wiele wspólnego, są takie leniwe, milutkie, urocze…  A na poważnie – podoba mi się kocia niezależność. Fakt, że nie można zmusić kota do niczego jeśli akurat nie ma na to ochoty sprawia, że człowiek może czuć się naprawdę wyróżniony gdy po przebudzeniu poczuje mokry nosek na swoim policzku. Do tego  potrafią rozbawić do łez, mogłabym godzinami je obserwować i wciąż zaskakują mnie swoją inteligencją i pomysłowością. Na smutki czy przeziębienie nie ma lepszego lekarstwa niż okłady z ciepłego, mruczącego futrzaka, a gdy jeszcze ugniata łapkami… 🙂

Przedstawiam Wam Lucynę i Frotkę (od lewej). Obie rasy brytyjski niebieski (i na tym kończy się ich podobieństwo):

6

Tak, mam dwie kotki, bo wiecie jak to jest: „one cat just leads to another” 🙂 mam nadzieję, że wśród Was również znajdują się miłośnicy kotów, bo na tym blogu pewnie jeszcze nieraz usłyszycie o tych dwóch powyżej.