Nie mam zbyt wiele czasu i motywacji do tego, by co tydzień, czy nawet co miesiąc tworzyć wpisy opisujące moją codzienność. Wiecie, chodzi mi o te wszystkie popularne blogowe serie: „ulubieńcy miesiąca” „plany na…”, „podsumowanie maja” itp.. Poza tym staram się nie szafować naszą prywatnością – ciągle pracuję nad zachowaniem równowagi między tym, co chcę i mogę Wam pokazać, a co jest zarezerwowane tylko dla najbliższych. A jednak, od czasu do czasu nachodzą mnie chwile refleksji i nieprzemożona potrzeba przeanalizowania na spokojnie tego, co było, co jest i mam nadzieję –będzie. I właśnie teraz nadszedł taki moment; mamy czerwiec, a to oznacza, że połowa 2017 już za nami. Pisząc ten tekst, pozwoliłam sobie skorzystać ze znanych z innych blogów słów-kluczy, to naprawdę świetny sposób na uporządkowanie myśli. Jest do bólu szczerze i przyznam się, że opisywanie niektórych rzeczy nie przyszło mi łatwo. Za to uczucie po wyrzuceniu z siebie zarówno pięknych wspomnień, jak i obaw co do przyszłości – bezcenne. Zapraszam więc na przegląd ostatnich sześciu miesięcy!

CIESZĘ SIĘ wiosną, a właściwie już prawie latem. To moja ulubiona pora roku, zdecydowanie jestem ciepłolubna. Kocham poranne i wieczorne spacery, wygrzewanie się na słońcu, wszechobecną zieleń, lekkie letnie ubrania. Właśnie teraz mam więcej energii i chęci do działania – zupełnie, jakbym działała na baterie słoneczne 😉

JESTEM WDZIĘCZNA za moją rodzinę. Na pierwszym miejscu, w samym środeczku mojego serca oczywiście jest Synek. Pewnie każda mama zakochana w swoim skarbie tak mówi, ale serio: trafił mi się prawdziwy przystojniak, w dodatku mądrala z niesamowitym poczuciem humoru. Wciąż jestem pod wrażeniem tego, jak szybko się rozwija i jak wiele potrafi powiedzieć i wyrazić w wieku zaledwie 19-stu miesięcy. Nie, żeby był przez cały czas aniołkiem – potrafi dać popalić i czasami ręce opadają, z braku sił i bezradności 😉 A jednak jest najlepszym, co spotkało mnie w życiu i każdego dnia dziękuję za to, że go mam.

JESTEM DUMNA z powodu wydania „Bursztynowego Anioła”. To dla mnie ogromne osiągnięcie! Sama wiem najlepiej, jak trudno było połączyć pisanie z opieką nad Synkiem i jestem dumna, że dałam radę. Tym bardziej, że dociera do mnie tyle ciepłych słów od czytelników! Nie ma lepszego potwierdzenia, że warto robić to, co się kocha i to już teraz, nie odkładać tego na później. Poza tym niedawno wydawnictwo przyjęło moją drugą powieść – niestety jeszcze nie umiem powiedzieć kiedy będzie jej premiera, proces wydawniczy trochę trwa, ale pozytywna odpowiedź to już połowa sukcesu.

CZUJĘ SIĘ trochę rozdarta. Spędziłam w domu bardzo dużo czasu: większość ciąży przebywałam na zwolnieniu lekarskim, później rok urlopu macierzyńskiego, teraz urlop wychowawczy. Z natury jestem samotniczką, nie potrzebuję bez ustanku otaczać się ludźmi i mam świadomość tego, że ten wspólny czas mamy i dziecka to coś wyjątkowego, co przeżywa się tylko raz. Nie żałuję ani jednej chwili spędzonej z Synkiem, cieszę się, że mogłam obserwować wszystkie „pierwsze razy” i być obok, gdy mnie potrzebował. Mimo to, coraz bardziej męczy mnie myśl o tym, że już czas zrobić kolejny krok. Chcę znów się uczyć, rozwijać, korzystać ze swojego doświadczenia, wiedzy i umiejętności. Nie z doskoku, kradnąc godzinkę czy maksymalnie dwie, gdy trafi się dłuższa drzemka – chcę i potrzebuję znów działać na pełnych obrotach i mieć swój wkład w domowy budżet. Stąd trudna decyzja o posłaniu Krzysia do żłobka. Wiem, że wybraliśmy miejsce, w którym ma najlepszą opiekę, a on sam radzi sobie świetnie, z uśmiechem mówi mi, że „idzie do dzieci”. Nawet nie zostaje tam na cały dzień – na razie to proces przejściowy, oswajanie się, by był gotów na dłuższą rozłąkę, gdy przyjdzie na to czas. A mimo to… jest mi trudno i sumienie gryzie. Bo kto zajmie się nim lepiej, niż mama? Nie pomaga fakt, że już na wstępie dopadło go (a właściwie całą naszą trójkę) paskudne choróbsko, które się ciągnie i ciągnie.

TĘSKNIĘ ZA tym, co było rok temu. Być może widać tu pewną sprzeczność, bo wyżej napisałam, że chciałbym „wrócić do gry”… ale gdy przypomnę sobie lato u rodziców, tą beztroskę, brak konieczności podejmowania jakichkolwiek decyzji, po prostu cieszenie się całymi dniami na świeżym powietrzu z małym Krzysiem, który jeszcze nie potrafił tak szybko uciekać na własnych nóżkach… to był naprawdę piękny czas.

CHCIAŁABYM… oj, dużo bym chciała. Po pierwsze, żebyśmy wszyscy byli zdrowi. Po drugie, chciałbym podjąć właściwe decyzje co do naszej przyszłości – abym mogła znów działać i się rozwijać, miała satysfakcję z wykonywanego zajęcia, a jednocześnie, żeby nowy porządek był dobry dla nas jako rodziny. Chciałabym doskonalić swój warsztat pisarski i aby moje kolejna powieść odniosła sukces. Chciałabym czuć się spełniona i zawodowo, i jako mama.

POTRZEBUJĘ jakiegoś drogowskazu, znaku, kogoś, kto mnie przytuli i powie: „wierzę w Ciebie, dasz sobie radę”. Bo gdy jest się mamą, to myślenie o własnej karierze i podejmowanie decyzji co do tego, jak ona powinna wyglądać (choć na pozór brzmi prosto, przecież pracująca mama to dziś norma) jest cholernie ciężkie. Doskonale wiem, o czym marzę i co mogę zrobić, aby to osiągnąć, ale i tak codziennie mam mnóstwo dylematów. Największy z nich: więcej czasu na pracę i realizację swoich pasji = mniej czasu dla dziecka. Świadomość, że nikt mi nie powie jasno co mam robić, bo sama jestem odpowiedzialna za swoje wybory, to jedna z tych cięższych lekcji dorosłości.

PRACUJĘ NAD artykułami do nowego czasopisma dla blogerów – „Blogostrefy”. Pierwszy numer w lipcu! Pisałam już o tym na blogu, ale napiszę jeszcze raz: to dla mnie wielka szansa i wyróżnienie, że mogę tworzyć w gronie tak kreatywnych, utalentowanych i pracowitych kobiet. Jestem przekonana, że czasopismo to prawdziwy strzał w 10 i zachęcam do śledzenia profilu na Fb – treści, które przygotowujemy, będą na naprawdę najwyższym poziomie i przydadzą się nie tylko blogerom. A wiecie, że na Instagramie trwa konkurs? Poza tym pracuję nad trzecią powieścią. Hmm… „pracuję” to może zbyt duże słowo, bo nie zapisałam jeszcze tego magicznego pierwszego zdania – na razie notuję pomysły, zbieram materiały. Ale czuję, że jestem na dobrej drodze i może wyjść z tego coś ekstra.

UCZĘ SIĘ jazdy samochodem. A raczej przypominam sobie, bo prawo jazdy mam od dawna – leżało kilka lat nieużywane. Na pewno jeszcze brakuje mi wprawy, ale stres jest coraz mniejszy, czuję się za kierownicą coraz pewniej. Cieszę się, że się przemogłam. Niezależność płynąca z tego, że nie muszę na nikim polegać, a mogę sama wszędzie dojechać – nie do przecenienia.

CZYTAM sporo. Ale to wiecie 😉 posty podsumowujące ostatnio przeczytane książki pojawiają się na blogu dość regularnie. W tej chwili jestem w trakcie „November 9” Colleen Hoover, od dawna miałam ochotę zapoznać się z twórczością tej autorki. Jeszcze nie dotarłam nawet do połowy więc jest zbyt wcześnie, by podzielić się z Wami opinią, ale za to podzielę się cytatem. Od razu rzucił mi się w oczy, bo doskonale opisuje moje obawy sprzed mniej więcej roku, zanim jeszcze moja pierwsza powieść trafiła na półki księgarni:

„Mam nadzieję, że będą się z ciebie śmiać. Jeśli ludzie się z ciebie śmieją, to znaczy, że wystawiasz się na ryzyko bycia wyśmianym. Niewiele osób stać na taką odwagę.”

CZEKAM NA to, co przyniosą kolejne tygodnie i miesiące. Z dużą obawą, ale i nadzieją, że wszystko dobrze się ułoży. Że będzie czas na śmiech, na zabawę, na odpoczynek, na pracę, na pisanie, na świętowanie sukcesów. Że po prostu będziemy szczęśliwi.

A Wy jak podsumowalibyście pierwszą połowę 2017? Co miało dla Was szczególne znaczenie? Co jeszcze przed Wami?