Ale dziś będzie mieszanka! Powrót do fantastyki, romas-thriller i perełka z biblioteki, która z miejsca stała się jedną z moich ulubionych książek. Ciekawi, co ostatnio czytałam?
„Osobliwy dom pani Peregrine” Ransom Riggs
W fantastyce zaczytywałam się jako nastolatka. Od co najmniej kilku lat praktycznie w ogóle nie miałam styczności z tym gatunkiem i ciekawa byłam, jak teraz bym się w nim odnalazła. Szeroko polecany „Osobliwy dom pani Peregrine” wydawał się idealną lekturą na początek, wręcz sam wpadł w moje ręce dzięki booktour klubu „Przeczytaj & Podaj dalej ;). Jest to historia Jacoba, chłopca, którego łączyła niezwykła wieź z dziadkiem. Dziadek opowiadał mu przeróżne barwne historie, mówił o przeszłości w sierocińcu, dzieciach obdarzonych magicznymi zdolnościami i przerażających potworach. Jacob z wiekiem coraz bardziej wątpił w prawdziwość tych opowieści, gdy jednak jego dziadek zginął tragiczną śmiercią, w chłopcu zaczęło kiełkować ziarno niepewności – a co, jeśli starszy pan nie zmyślał? Postanowił sam się o tym przekonać i wyruszyć na poszukiwania. Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Jest napisana dość prostym językiem, bez zbędnych opisów, akcja szybko się rozkręca. Jej ogromnym plusem są świetne fotografie, które pomagają wczuć się w „osobliwy” klimat. Właściwie jedynym elementem (ale istotnym), do którego mogłabym się przyczepić, jest główny bohater – moim zdaniem dość schematyczny, nijaki, słaby, bez żadnego życia i kolegów, odkrywa świat, w którym nagle zaczyna się liczyć. Czy sięgnę po kolejne części? Raczej nie. Choć z pewnością jest to dobra książka i całkiem miło spędziłam czas na lekturze, to jednak utwierdziłam się w przekonaniu, że ja już chyba wyrosłam z fantastyki. Te wszystkie „niezwykłości” nie robiły na mnie aż takiego wrażenia i nie jestem aż tak ciekawa, co będzie dalej. Jestem pewna, że gdybym czytała „Osobliwy dom pani Peregrine” 10 lat wcześniej, zachwyciłby mnie o wiele bardziej – tak, jak zachwycał „Harry Potter”, „Władca Pierścieni” czy „Wiedźmin”. Dziś to już nie to samo… Ale może powinnam dać fantastyce jeszcze jedną szansę? Jak myślicie? Podpowiecie, po co warto sięgnąć?
„Drugie życie” S.J. Watson
O tej książce nie wiedziałam kompletnie nic, nie słyszałam wcześniej o autorze – Mama przyniosła ją z biblioteki i poleciła. Przyznam się, że nie przekonałam się do niej tak od razu, długo miałam mieszane uczucia. Główna bohaterka Julia to kobieta w średnim wieku, mieszkająca na przedmieściach Londynu wraz z mężem i adoptowanym synem. Jest zadowolona ze swojego życia, pracy, spełniona w związku. Nagle jej poukładaną rzeczywistość przerywa wiadomość o śmierci młodszej siostry Kate, która została brutalnie zamordowana. Julia nie może się z tym pogodzić, próbuje na własną rękę odnaleźć jakieś ślady prowadzące do mordercy. Tak odkrywa, że Kate korzystała z portalu randkowego i umawiała się z poznanymi tam osobami. Postanawia również założyć konto i nie wiedzieć kiedy, sama daje się wciągnąć w znajomość z zabójczo przystojnym Lukasem. Z przykładnej żony i matki zmienia się w gorącą kochankę, ryzykującą wszystkim, na czym jej zależy. Ale czy Lukas rzeczywiście jest tym, za kogo się podaje? Jaką rolę w tym wszystkim odegra Anna, dawna współlokatorka Kate? I co z adoptowanym dzieckiem – dlaczego Lukas się nim zainteresował? Gwarantuję Wam, że odpowiedzi na te pytania są co najmniej zaskakujące. Książka zaczyna się jak jakiś dramat rodzinny, później mamy romans, a w końcu staje się trzymającym w napięciu thrillerem. Zakończenie miażdży; dawno nie spotkałam się z tak poplątanym i nieprzewidywalnym rozwiązaniem… mało tego, autor jeszcze pozwolił sobie na pewne niedopowiedzenia. Ostrzegam, że naiwność Julii może irytować, a język jest nieco sztywny, ale mimo tych małych minusów książka naprawdę mocno wciąga. I daje do myślenia – warto się zastanowić co i komu udostępniamy w sieci.
„Małe cuda” Heather Gudenkauf
Napiszę wprost: książka, którą oceniam 10/10, a autorka trafia do grona moich najulubieńszych. Podobało mi się absolutnie wszystko: styl, tempo akcji, pomysł, bardzo autentyczny opis przeżyć bohaterek. A ogromu emocji, jakie we mnie wywołała, wprost nie da się wyrazić – przy niej mogą się schować wszystkie „Promyczki”, „Zanim się pojawiłeś” itp., a przecież i przy tych książkach zużyłam niejedną paczkę chusteczek. Ellen jest pracownikiem opieki społecznej, od lat pomaga dzieciom z patologicznych rodzin. W swoją pracę wkłada wiele serca, los tych małych istotek – bitych, maltretowanych, wykorzystywanych – naprawdę nie jest jej obojętny. Poza tym jest szczęśliwą żoną i mamą trójki dzieci. Jak na ironię, to właśnie tej dobrej kobiecie przydarza się najgorsza tragedia z możliwych. W wyniku głupiego wypadku, pośpiechu, nieporozumienia… zwał, jak zwał, z winy Ellen jej własna 11-miesięczna córeczka trafia do szpitala z ciężkimi obrażeniami. Nie chcę Wam zdradzać co się stało, ale gdy sobie wyobrażę co ona jako matka musiała przeżywać, to sama czuję niemal fizyczny ból. Tragedia, która mogłaby spotkać każdego z nas… Z drugiej strony mamy historię Jenny, nad wiek dojrzałej 10-letniej dziewczynki mieszkającej z ojcem alkoholikiem. W wyniku przedziwnego splotu wydarzeń, dziewczynka trafia zupełnie sama do obcego miasta, ma ze sobą tylko plecak z kilkoma drobiazgami i gotówką. Siedząc samotnie w naleśnikarni, przyciąga uwagę Maudene, matki Ellen. Maudene próbuje nawiązać kontakt z dziewczynką, odnaleźć jej krewnych, oferuje jej dach nad głową. Opiekuje się Jenny jakby ta była jej wnuczką i poświęca jej mnóstwo czasu, choć przecież sama w tej chwili ma mnóstwo zmartwień. Jak się okazuje, Jenny i Ellen łączy pewna historia z przeszłości – historia, której zamknięcie przyniosłoby spokój im obu. „Małe cuda” to powieść o macierzyństwie, miłości, poświęceniu, wybaczaniu i dostrzeganiu właśnie tych małych cudów. Jest tak piękna, mądra, wzruszająca i życiowa, że po prostu brak mi słów na jej opisanie. Do samego końca nie wiadomo co się stanie z Ellen i Jenny i do samego końca nie można się oderwać od lektury, choć czasami łzy przysłaniają litery. Takie książki uwielbiam, takie chcę czytać, a może i kiedyś pisać. Polecam bardzo, bardzo mocno.
Znacie powyższe książki? Zgodzicie się z moimi opiniami? Zapraszam do komentowania!
17 Comments
Watson pisze świetne książki. Szkoda tylko, że język tłumaczenia jest sztywny, bo
nie mogę tego powiedzieć o oryginale.
O widzisz! Dobrze wiedzieć, że to zależało od tłumacza 🙂
Super super! Jak zwykle mnie zainteresowałaś 🙂
Cieszę się 🙂
Osobliwy dom też mnie nie powalił, chociaż ja fantastykę bardzo lubię. Przeczytaj koniecznie Piątą porę roku N.K. Jemisin, to bardziej fantastyka apokaliptyczna, ale książka i sposób w jaki jest napisana jest świetny.
Kolejne dwie chętnie przeczytam, bo lubię mocne zakończenia i strony pełne emocji 😉
Zapisuję, dzięki! 🙂
Polecam szczególnie ostatnią, jedna z najlepszych książek jakie ostatnio czytałam 🙂
„Osobliwy dom…” miałam w planach, ale słyszałam, że kolejne tomy są bardzo średnie, dlatego raczej skończy się na obejrzeniu ekranizacji 😉
Tak samo jak ty na jakiś czas odeszłam od fantastyki, ale przeczytałam „Dwór cierni i róż”. W ten sposób moja miłość odżyła, dlatego serdecznie polecam tą pozycję 😉
Recenzje i zdjęcia „Dworu cierni i róż” ciągle gdzieś mi się przewijają i przyznaję, że mnie ta pozycja zaciekawiła. Musze sprawdzić, skoro polecasz 🙂
Chętnie przeczytam „Drugie życie”.
Dobra rozrywka gwarantowana! 😉
„Małe cuda” to zdecydowanie powieść w moim guście. Bardzo chcę ją przeczytać, więc swego czasu wypożyczyłam ją w bibliotece, ale nie miałam zbyt wiele wolnego czasu i musiałam ją w końcu zdać, czego żałuję. Jednak na pewno naprawię swój błąd i wypożyczę ją ponownie.
Koniecznie wypożycz! Naprawdę warto przeczytać 🙂
Zainteresowałaś mnie „Małymi cudami”, nie słyszałam o tej książce, a z Twojego opisu sądzę, że to książka dla mnie. Podejrzewam, że poleją się łzy….
Jesteś mamą wiec sądzę, że łzy będzie trudno powstrzymać.Chyba każdy rodzić podczas lektury tej książki zada sobie pytanie: „a co, gdyby coś takiego mnie się przydarzyło?”. Nie da się podejść bez emocji.
Tak miałam przy „Wyborze Marty”…
„Małe cuda”. Już sam tytuł mnie zaintrygował. I jeszcze ta historia. I łzy. Coś idealnie dla mnie. Ostatni raz płakałam przy „Ja, Judaszka”. A lubię się wzruszać przy książkach 😉
Polecam! Ja też lubię się powzruszać 🙂 Uważam, że sama poruszająca historia (choć najważniejsza) to jeszcze nie wszystko – sztuką jest pisać w taki sposób, aby wywołać u czytelnika łzy. Tutaj autorce zdecydowanie się to udało.
Comments are closed.